Porady dla bimbrowników

Los Aromatos – Recenzji część I


Chociaż zajęło mi to sporo czasu – dzisiaj siadam dla was do Los Aromatos – marki która ostatnio zrobiła na rynku sporo zamieszania wyłaniając się z nigdziebycia i zgarniając od razu wysokie oceny. Uzasadnione zresztą, ale o tym później. A na razie powiem jedno – ta recenzja nie obyła się bez kłopotów, napotkałem pewne trudności o których przeczytacie dalej. Zapraszam!

Historia ludzi miłych, czyli problemy szczodrości

Na zapytanie o próbki recenzyjne, firma odpowiedziała naprawdę profesjonalnie, zostałem potraktowany jako naprawdę ważny recenzent i jest mi z tego powodu bardzo miło. Chłopaki z LA wysłali mi pełne spektrum smaków – uznaliśmy, że połowę wyślą w formie aromatów, a połowę rozrobionych liquidów.

Nie przewidziałem jednego – chociaż miałem o tym mglistą świadomość, to nie zorientowałem się, że ich aromaty są bardzo intensywne. Paczuszka dotarła, zacząłem się do niej dobierać i o ile z aromatami nie napotkałem żadnych problemów, o tyle liquidy… się posypały.

Chłopaki rozrobili je na standardowej proporcji 10% – i to nie jest błąd. To taka bezpieczna, normalna proporcja, bardzo popularna. Okazało się jednak, że to za dużo z ich aromatów i liquidy po prostu się prze-smaczyły. Są tak intensywne, że ciężko mi jest skupić się na ich opisaniu, dlatego też napiszę o nich z dużą dozą delikatności. Resztę opinii o nich dorobicie sobie sami – praktyka najlepszą nauczycielką.

Pinky

Pinky to połączenie „ogólnocytrusowe” – cytryna, czerwony grejfrut i ciutka innych. Półka niezwykle przeze mnie lubiana, a będąc już w pewnym sensie koneserem cytrusków, nie zawiodłem się na tym wymienionym ciutkę wyżej.

Powiedziałbym że grejfrut dominuje nad resztą – chociaż to raczej takie moje subiektywne poczucie. Liquid wyszedł świetnie – i chociaż z proporcją trzeba uważać jak z nitrogliceryną to efekty są szałowe. Na nadciągające lato w sam raz.

Sweet Waffles

Wafle. Ach.

Bardzo przepadam za dobrą deserówką, kiedy mam kiepski humor deserówki są w sam raz. Sweet Waffles to nie wyjątek i muszę przyznać, że jestem bardzo zadowolony. Smak najbardziej przypomina mi wafelki przekładane kremem bodajże Toffi(?), które kładło się na kubek gorącej herbaty – wtedy rozgrzane nadzienie się ciągnęło a wafelek rozmiękał. Lubiłem je, bardzo. Kiedy za oknem zimno i deszczowo, wiatr się o ściany ciska, a nastrój spadł już pod piwnicę i odwiedza teraz fundamenty budynku – herbata, wafelek i trochę refleksji są strzałem idealnym. No, przynajmniej u mnie.

Polecam każdemu kto gustuje w „Toffinkach (?)”
Bodajże tak się nazywały. Nie będzie zawodu, polubicie.

Rainbow

Rainbow przybył do mnie w formie liquidu i jak już wspominałem, tutaj nie jestem do końca pewien co powiedzieć.

Opis tegoż aromatu mówi o Hawajskich owocach i „kropli pinacolady” i chociaż zaraz wróci tłum ludzi z widłami, który zacznie nazywać mnie Gregory House, to jeśli to jest kropla to ja jestem jednak ten House. Tylko mnie noga nie boli. No i na szczęście nie leczę ludzi, reszta się zgadza.

Chociaż pinacolada zdecydowanie zdominowała ten liquid to nie mogę powiedzieć, że jest niedobry. Ba, przypasował mi. Melancholijne, ale spokojne tropiki? Mój klimat. Hell, nawet bardzo.

Jej minusem jest fakt, że nieprzyzwyczajeni do deserówek tego kalibru poczują kapcia. Welp, co ma zalety, wady musi mieć.

Ice Tea Peach

Ice Tea Peach również trafiło mi się jako liquid. Nie wiem jak to jest z tymi producentami, ale robią to co lubię ostatnio. Po prostu. Nie tylko Los Aromatos – jakoś tak ich rzuciło na smaki, które lubię, tak jak Ice Tea o brzoskwiniowym smaku. Kiedyś pijałem to litrami, teraz ciężko mi o to, bo niestety jest to napój kosmicznie wypchany cukrem.

Ten liquid również był dobry pomimo faktu nadmiaru aromatu – ale. Z racji bycia wrednym zgredowatym klonem sławnego lekarza kulejącego na jedną nogę i wyjątkowo cynicznego, muszę wtrącić swoje trzy słowa.

Czułem tutaj Peach, czułem tutaj trochę Ice, ale z tym Tea to nie ma szaleństwa. Mało… herbaciane. Tak bym to ujął.

Owocek super, ale w herbatkę to się nie wpisuje. Propsy, ale jednak i pokiwałem palcem, żeby nie było.

Peach jest w nim silna – zresztą jest delikatnie.

Ice Tea Lemon

Chociaż większość liquidów ominęła klątwa – tego siekło za wszystkie.

Jest to jedyny liquid, którego nie udało mi się zrecenzować w ogóle. Skoncentrowanie aromatu spowodowało, że stał się ekstremalnie… żrący.

Co prawda nie jest to kwas i nie zżera wszystkiego na co go wyleję, ale nie byłem w stanie się nim zaciągnąć. Po prostu. Zbyt duża ilość cytrynowego aromatu ukwasiła to na tyle, że musiałem zmieniać watę bo smak nie chciał uciec za żadne skarby i nie dało się nawet bucha wziąć.

Z racji braku danych nie mam o nim zdania – nie powiem wam, że jest dobry albo zły, bo nie wiem jaki jest. Nie udało mi się go spróbować

Jak się nie zawieść, czyli podsumowanie

Za mało? Źle. Za dużo? Też niedobrze.

Dzisiejsza recenzja to w zasadzie przekaz głęboki i niezwykle ważny dla wszystkich – pilnujcie proporcji. Nie skąpcie aromatów, ale też i nie przesadzajcie z ilością. Oczywiście, zajmie wam trochę czasu zanim osiągniecie idealny wynik, ale warto. Nie bójcie się eksperymentować, bo każda porażka to tylko schodek do sukcesu.

Chłopaki z LA się postarali i dostarczyli wyjątkowo dobrej jakości produkt. Należy im się za to spory szacun, bo czasy na wypłynięcie wybrali wyjątkowo mroczne – widmo TPD i innych wrednych wymysłów wisi nad nami jak kostucha. Po spróbowaniu wiem, że widzą co robią i wiedzą co robią. Oby tak dalej.

Na dzisiaj to będzie tyle. Na dalsze części recenzji zapraszam was serdecznie 🙂


Dodaj komentarz